Dlaczego zaczęłam masować? – nasze początki nauki masażu

with Brak komentarzy

Dzisiaj opowiem Wam więcej o naszych początkach. Początkach, które nie były łatwe, ani dla mnie ani dla naszej córki. Piszę o tym, ponieważ wiele mam mówi, że próbowały masażu, ale im nie wychodziło lub dziecko go odmawiało. Niektóre z was piszą do mnie, że zrezygnowałyście po pierwszych próbach, że to nie dla was, że wasz maluch go nie lubi.

Skąd dowiedziałam się o masażu dziecka?

O idei masażu dziecka, że coś takiego w ogóle istnieje, dowiedziałam się z Internetu. Wpisałam w wyszukiwarkę frazę: jak ulżyć dziecku w bólu. Nasza córka miała 3,5 miesiąca i została zdiagnozowana – dysplazja bioder. W przeciągu tygodnia ‘’wpakowano’’ ją w pasy (uprząż Pavlica) i została tak unieruchomiona na 5 miesięcy, 23 godziny na dobę. W ciągu dnia mieliśmy 60 minut, kiedy mogliśmy pozwolić córce na ruch, relaks, kąpiel i ‘’normalne’’ do nas przytulenie.
Chciałam te 60 minut wykorzystać jak najlepiej, ale też pomóc córce w dyskomforcie, który codziennie odczuwała a nawet czasami w bólu, który się pojawiał. Pierwsze odnośniki w wyszukiwarce pokazały masaż dziecka, ale je zignorowałam. Następnego dnia, masaż dziecka ponownie pojawił się na moim ekranie. Zatrzymałam się na dłużej, ale ponownie go zignorowałam. Pozostał jednak w mojej głowie i kiedy mieliśmy za kilka dni wizytę u ortopedy (angielski lekarz) zapytałam o niego. Lekarz choć był pozytywnie nastawiony do masażu, nie dał mi konkretnej odpowiedzi czy mogę masować i czy pomoże on córce w stresie związanym z terapią. Zaczęłam drążyć temat, czytać więcej o masażu, jego korzyściach, właściwościach, czym jest i jak go wykonywać. Zakochałam się po uszy! Czułam intuicyjnie, że masaż to to czego szukałam. Że jest odpowiedzią na moją wielką potrzebę wsparcia córki, ulżenia jej i dania jej tego, czego nie do końca mogłam dać jej na co dzień – czułości i dotyku. Pasy i jej ciągła drażliwość oraz lęk przed dotykykiem, obdarte ciałko od pasów oraz alergie, które do tego doszły po drodze – bardzo ograniczyły naszą bliskość. Czytając o masażu poczułam moc – moc w moich dłoniach. Sprawczość. Poczułam, że mogę coś zrobić, a nie tylko czekać i patrzeć jak córa się zmaga z tym wszystkim. Wtedy też wiedziałam, że masaż może pomóc również mi samej. Depresja poporodowa, dodatkowy zabieg po porodzie, utrata pokarmu w piersiach i niemożność karmienia córki bardzo mocno obciążyły moją pewność siebie jako matki.

Jak nauczyłam się masować i co dzięki temu powstało?

Skonsultowałam możliwość masowania dziecka z dysplazją u fizjoterapeuty i innego ortopedy (tym razem polski lekarz). Wiedziałam, że chcę się nauczyć masowania. Poszłam na kurs a kilka miesięcy później zapisałam się na kurs instruktażu masażu dziecka. To było to – czułam, że nie mogę pozostawić tej cudownej informacji tylko sobie. Zapragnęłam posłać ją dalej. Wtedy powstał też pomysł na tego bloga.

Czy nauka masażu była u nas łatwa?

Masaż nie był łatwy, z powyższych przyczyn, ale też dlatego, że córka należy do dzieci mocno wrażliwych. Bardzo szybko przebodźcowywała się i denerwowała i często małe szczegóły potrafiły zatrzymać masaż na kilka dni. Alergie i pasy uniemożliwiały masaż całego ciała więc masowałam tam, gdzie się dało. Często idealna pora na masaż stawała się najgorszym czasem i trzeba było szukać innej. Widziałam jednak efekty.  Motywowało mnie to, aby kontynuować dalej. Nie chciałam się poddać. Wiedziałam o cudownej mocy masażu, czułam co masaż daje mi samej i widziałam efekty u córki. Mieliśmy kryzysy, jeden nawet bardzo duży, ale o nich opowiem innym razem.

Co dawał nam masaż?

Mimo, że masaż nie był u nas regularny i często pojawiające się trudności zdrowotne uniemożliwiały go, to dostrzegaliśmy, że córka staje się spokojniejsza po sesjach masażu, lepiej sypia, chętniej je a co najważniejsze zmniejszały się problemy brzuszkowe, które pojawiły się ze względu na brak ruchu. Masując brzuszek czułam jak gazy poruszały się pod moimi palcami i niejednokrotnie obdarowywała nas ”popurkiwaniem” w trakcie masażu. Widząc ulgę na twarzy dziecka, odczuwaliśmy ją my sami. Im częściej się masowaliśmy tym lepiej córa radziła sobie z dyskomfortem, dociskaniem pasów, wizytami u lekarza. Często sam masaż stópek czy pleców pomagał jej się wyciszyć. Dla mnie samej widok i poczucie, że pomagam córce dwał olbrzymią przyjemność, sprawczość i radość. Poczucie pewności siebie w roli matki zwiększała się każdego dnia a depresja pomału znikała. Więcej o korzyściach masażu znajdziesz tutaj.

Najpiękniejszy moment w procesie nauki masażu

Pierwszy pełny masaż całego ciała córki zrobiłam, kiedy miała 13 miesięcy. I to ona o niego poprosiła, pocierając swoje dłonie o siebie (zaczynając każdy masaż pocieramy swoje dłonie – jest to sygnał dla dziecka, że zaczynamy masaż). Rozpłakałam się. Nie mogłam uwierzyć. Mój szkrab, wulkan energii (zaczęła w końcu chodzić) sam poprosił o masaż. I w dodatku pozwoliła na całościowy masaż! Widząc te wielkie oczy patrzące na mnie i się uśmiechające oraz małe rączki nadal pocierające się o siebie wywołały niesamowitą wdzięczność. Wdzięczność, że nie poddałam się, że wierzyłam, że czuły dotyk jakim jest masaż działa. Odtąd masaż pojawiał się praktycznie każdego dnia. Były dni przerwy, bo akurat nie miałyśmy na niego ochoty, ale stał się on naszą rutyną. Nie zawsze był pełnym masażem, nie zawsze był idealny – ale był. Był naszym wspólnym czasem. Czasem tylko dla nas. Czasami też czasem chichów i śmiechów i łaskotek aniżeli spokojnych chwil 🙂 Pomyślisz sobie – 10 miesięcy czekać na taki moment? Warto! Bo nie chodzi tylko o ten moment, całościowo proces ten dał nam dużo więcej, nauczył nas siebie nawzajem, pomógł nam komunikowac się lepiej, dał ulgę, radość i cudownie wsparł nasza więź. Każdy kolejny masaż po tych 10 miesiącach zbliżał jeszcze bardziej. Wiem, że te wszystkie masaże córki pozostały w niej, dały coś cudownego i to tam zawsze będzie. Część mnie. Masujemy się nadal, nie tak często jak wcześniej ale masaż jest czymś z czego często korzystamy.

Kilka słów na koniec

Nauka masażu dziecka nie zawsze jest łatwa, oczywista i prosta. Pojawiają się trudności, kryzysy, ale również skoki rozwojowe dziecka, które ten masaż potrafią wywrócić do góry nogami. Masaż nie jest stały. Jest zmienny, bo maluch też taki jest. Rozwija się a wraz z nim jego preferencje, również te dotyczące masażu. Jeśli jesteśmy akceptujący, uważni, konsekwentni – masaż stanie się częścią codziennej pielęgnacji was samych – dziecka, siebie, rodziny. Stanie się nicią porozumienia… Piszę to teraz kiedy córa ma 4,5 roku. Piszę to z sercem pełnym radości i wdzięczności, że masaż pojawił się w naszym życiu. Mimo, że zdarza się, że nie masujemy się przez dłuższy czas to jednak, kiedy ten moment przyjdzie – jest on magiczny i cudowny. Dla nas obie. 🙂


Jeśli się zastanawiasz czy masaż jest dla was? Lub masujecie się ale wam to nie wychodzi – napisz do mnie – porozmawiajmy 🙂 i znajdźmy wspólnie odpowiedź i rozwiązanie 🙂